Skip to content
IC — in character

Morgul Dreadscar

Orc · Affliction Warlock

Portrait: Morgul Dreadscar Level 1 Warlock
Race
Orc
Class
Warlock
Specialization
Affliction
Level
1
Role
DPS
Professions
  • Enchanting
  • Tailoring
  • Cooking
  • First Aid
  • Fishing
Character
Main
Player
Lantiz
Cisza nauczyła mnie słuchać. Samotność nauczyła mnie czekać. Wzgarda nauczyła jak żyć.
— Morgul

Appearance

Spaczony, gorzko zielony odcień skóry Morgula jest świadectwem przeszłości całej rasy Orków. Tak jak jego bracia niesie z sobą blizny, skazy i dumną historię. Niemniej sczerniały mech, którego refleksy przodują na jego skórze wyróżnia go z jadeitowej masy Ogrimmaru.

Iskra młodości zaczyna już ustępować miejsca chłodowi doświadczenia, chociaż posture wciąż zachował silną, niczym u wytrawionego w ogniu, pamiętającego jeszcze topór i bębny wojownika… to jest w niej coś nienaturalnego, niebezpiecznego w podstępny, wężowaty sposób mało nawykły dla surowości Pustkowi.

Wzgarda, obmierzłość, bezlitosna kalkulacja - jego oblicze oddaje wiele tych emocji, często mieszając się z przerażającym wyrazem drapieżnych, szpetnych żółtych oczu wypełnionych odcieniem szaleństwa.

Nad całym tym obrazem - pośród ciemnych, opadających niczym popioły Un’Goro włosów - dominuje rozległa, źle wygojona, rwąca nerw za nerwem blizna która odstręcza nachalne spojrzenia. Głos ma gardłowy, ochrypły, wybrzmiały jakby zniżyć się miał do cedzącego szeptu.

Personality

Morgul jest nieufny, dumny i naznaczony latami odrzucenia, które nauczyły go skrywać cierpienie pod maską pogardy i chłodnej kalkulacji. Głęboko w nim wciąż tkwi przywiązanie do ziemi, Hordy i honoru, choć nie potrafi już bezwarunkowo ufać tym, którzy powołują się na te wartości. Nie szuka litości ani odkupienia. Pragnie udowodnić swoją wartość na własnych zasadach, nawet jeśli droga do celu uczyni z niego potwora, za jakiego od dawna go uważano.

History

Ziemia, klan i honor.

Za te trzy rzeczy wojownik winien z radością zabijać i samemu umrzeć.
Fundamentalne zasady, prastara kolej rzeczy, proste, ale najwyższe wartości.

Życie jednak nie jest proste, rozpacz, strach, odwaga, pożądanie - szepty, które każą wybierać od najmłodszych lat przenikały jaźń Morgula, plącząc jego ścieżki.

Matka, pochodząca z resztek klanu Cienistego Księżyca, umiera w męczarniach podczas porodu, a zrozpaczony ojciec, szaman Dranog “Serce Burzy” wini za to własne, nowo narodzone szczenię w którego duchu dopatruje się klątwy spaczenia.

Nazywa go Mor-gul. “Śmierć, które żywi się życiem”

Starszyzna zabrania zabić dziecko, ale oferuje mu niewiele lepszy los odszczepieńca na krawędzi wygnania, nakazując życie w cieniu Władców Gromu, klanu swego ojca.

Jednakże śmierć matki nie przecięła nici przeznaczenia, a dziedzictwo klanu Cienistego Księżyca szeptało nieprzerwanie w umyśle młodego orka, dręcząc go i kojąc jednako.

Tak minęły długie lata szykan, samotności i walki o przetrwanie.
Nie pomogły słowa, czyny, ani też czas - był dla nich obcy, inny, wzgardzony.

Kiedy osiąga pełnoletność ojciec zwraca się do niego po raz pierwszy od lat, nakazując przygotowanie się do długiej wędrówki.

Gdy dotarli na miejsce, noc która ich zastała była cicha i bezwietrzna, lecz suche trawy uginały się pod naporem czegoś, czego Morgul nie potrafił dostrzec. Księżyc skrywał się za ciężkimi chmurami, a nikłe światło gwiazd nie docierało do miejsca, w którym ojciec postanowił rozstrzygnąć los własnego syna.

Stare kamienie tworzyły nierówny krąg, porośnięty suchym mchem. Tutaj, z dala od obozowiska i ciekawskich oczu, szaman zamierzał zakończyć to, co od lat uważał za skazę na swoim imieniu, największe przekleństwo i zmazę dla klanu.
Morgul stał pośrodku kręgu.

Dranog ukląkł przed kamiennym ołtarzem i położył na nim garść popiołu, kilka zasuszonych ziół oraz kość, którą nosił przy sobie od śmierci żony. Przez chwilę obracał ją między palcami. Jego twarz, zwykle surowa i nieprzenikniona, zdradzała coś, czego Morgul nie widział u niego od wielu lat. Strach.

- Przodkowie - zaczął szaman, unosząc dłonie. Ci, którzy przelali krew, byśmy mogli stąpać po tej ziemi. Ci, którzy odeszli, lecz nie porzucili swego ludu. Usłyszcie mnie! Jego głos poniósł się między kamieniami, drżąc z początku.

- Przychodzę do was jako syn Gromu! Jako wojownik, który dochował przysięgi. Jako ten, który nie odwrócił się od praw natury i honoru swego Herszta. Wiatr poruszył trawą. Jeden z konarów skrzypnął, ocierając się o drugi. Dranog zacisnął szczęki.

- Przynoszę wam to, co od lat kala mój dom. To, co odebrało mi żonę i pozbawiło mnie syna, zanim ten zdążył wypowiedzieć pierwsze słowo. Wskażcie mi drogę. Oczyśćcie jego ducha albo dajcie mi siłę, bym sam uczynił to, czego wymaga ode mnie honor!
Zapadła cisza.Nie odpowiedział żaden duch. Nie rozległ się szept przodka, nie pojawił się znak na popiele. Nawet wiatr ucichł, jakby cała polana wstrzymała oddech.

Dranog pochylił głowę. Przez chwilę wyglądał na człowieka, który wciąż czeka na odpowiedź, choć już wie, że jej nie otrzyma.
Potem poderwał się gwałtownie.

- Nawet teraz?! - ryknął, zwracając się ku synowi. Nawet tutaj Twoja przeklęta obecność okrada mnie z głosu własnych przodków?!
Morgul nie odpowiedział.
Nie dlatego, że bał się ojca.
Nie dlatego, że go nie słyszał.
Usłyszał bowiem coś innego…

Najpierw był to szmer, tak cichy, że mógł uchodzić za wiatr przesuwający się po wyschniętych trawach. Dochodził zza kręgu, spomiędzy głazów, z miejsc, w których ciemność gromadziła się gęściej niż gdzie indziej.
Morgul uniósł głowę. Nie było tam nikogo ni niczego.

A jednak coś poruszało się pomiędzy drzewami. Nie ciało, nie cień rzucany przez księżyc. Niczym gęstniejąca mgła, kobaltowy wij który zdawał się muskać runiczny krąg.

Wtedy po raz pierwszy go usłyszał. Usłyszał tak wyraźnie.

Głos nie dochodził z jednego kierunku. Był wszędzie — w szczelinach kamieni, w suchych gałęziach, w przestrzeni pomiędzy jednym oddechem a drugim. Mord… on, chce Cię zabić…

Morgul zacisnął palce i z bólem serca przekręcił głowę.
- Co powiedziałeś? - warknął Dranog, rozglądając się nerwowo.
Ork nie odpowiedział. Wpatrywał się w ciemność za ramieniem ojca.
Zniszczyć… wypalić swój… błąd…
Głos był pozbawiony gniewu. Nie oskarżał, nie podnosił tonu. Pełen… troski?
Przez całe życie mówił ci, kim jesteś. Teraz chce odebrać ci nawet własną krew….

Morgul poczuł, jak coś zaciska się wokół jego piersi. Nie był to strach. A przynajmniej nie sam strach.
Była to ulga, zrozumienia i akceptacji tego co musi się zdarzyć.

Przerażająca, gorzka ulga, że ktoś wreszcie wypowiedział na głos myśl, której sam nigdy nie odważył się dopuścić do świadomości.
- Morgulu! - Głos ojca przeciął szepty.

Szaman stał przy ołtarzu, wpatrując się w syna. Jego twarz straciła wszelkie kolory. Dłonie drżały mu nieznacznie, a popiół rozsypany wokół stóp unosił się ku górze, choć powietrze pozostawało nieruchome.
Dranog widział to, czego Morgul jeszcze nie rozumiał.

Ciemność poczynała napływać do wnętrza kręgu.
Nie sunęła po ziemi. Nie rzucała cienia. Przesączała się pomiędzy kamieniami, spływała z konarów i wypełniała puste przestrzenie, jak woda wlewająca się do pękniętego naczynia. Gdy dotykała trawy, źdźbła nie więdły ani nie czerniały. Po prostu przestawały być widoczne, jakby świat zapominał, że kiedykolwiek istniały. Zastępowała je … pustka.

Dranog cofnął się o krok.
- Nie - wyszeptał.

Morgul spojrzał na niego. Po raz pierwszy dostrzegł w ojcu nie gniew, nie pogardę, lecz czysty, nieukrywany lęk.

- Morgulu, uklęknij.
- Co?
- Uklęknij! - ryknął szaman. Nie ruszaj się. Nie odpowiadaj. Cokolwiek słyszysz, nie odpowiadaj!

Słowa odbiły się od kamieni. Dranog wyciągnął ku niemu rękę, jakby chciał przyciągnąć go do siebie, ale zatrzymał się, gdy ciemność dotknęła ciała jego syna.

Morgul spojrzał na wyciągniętą dłoń i wtedy to poczuł, przenikliwy, daleki, potężny poczuł chłód i obecność samej pustki, zamknął oczy.
Przypomniał sobie wszystkie razy, kiedy ta sama ręka odpychała go od ognia, od wspólnego posiłku, od miejsca, które powinno należeć do niego.

Przypomniał sobie spojrzenia wojowników, którzy widzieli w nim przeklętego syna. Przypomniał sobie matkę, której nigdy nie poznał, i ojca, który przez całe życie kazał mu płacić za jej śmierć. Pogardę za krew i schedę której nigdy nie powinien się wyrzec.
Kiedy Morgul otworzył wiedział już, co musi uczynić, ale i strach starego szamana ustąpił miejsca twardej, niemal rozpaczliwej determinacji. Spojrzeli na siebie.

- Wybacz mi - rzekli niemal jednocześnie.

Dranog sięgnął po topór.

Broń była stara, ciężka, nosiła ślady wielu bitew. Jej ostrze odbijało blade światło księżyca, a na trzonku widniały znaki wyryte przez poprzednie pokolenia. Szaman uniósł ją nad głowę.

Morgul zobaczył stare, wyszczerbione ostrze nad sobą.

Mogła to być ostatnia próba przecięcia więzi pomiędzy synem a czymś, co zaczynało przemawiać przez ciemność. Mógł to być też zamach, do którego Dranog przygotowywał się od chwili, gdy zrozumiał, że nie zdoła już odzyskać syna.
Szepty osiągnęły apogeum bólu i … ucichły.

Ciemność zamknęła się nad kręgiem, a kamienie zadrżały, jakby coś pod ziemią poruszyło się po długim śnie. Morgul poczuł uderzenie, ostre i gorące, które przecięło mu twarz od czoła aż po policzek. Upadł na kolana. Nie widział niczego prócz ciemności i bólu.

Do obozu klanu wrócił po wielu dniach.

Kiedy dotarł do obozowiska, wojownicy Gromu wyszli mu naprzeciw. Najpierw dostrzegli topór i krew. Na końcu przerażającą ranę.

Kiedy minął ich i ruszył w stronę swojego posłania najbliższe głosy milkły. Zebrawszy kilka drobiazgów i pamiątkę nie zapamiętanej matki podjął samotną tułaczkę w stronę Orgrimmaru gdzie gnały go szepty zwiastujące odkupienie.

A member of the Dark Tribe